sanctuary-of-chaos666 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2006

HAMMERHEART

3 komentarzy

Zespół: Bathory
Płyta: Hammerheart
Track lista:
1. SHORES IN FLAMES
2. VALHALLA
3. BAPTISED IN FIRE AND ICE
4. FATHER TO SON
5. SONG TO HALL UP HIGH
6. HOME OF ONCE BRAVE
7. ONE RODE TO ASA BAY
8. OUTRO

Oto mamy przed sobą dzieło. Dzieło, które nie każdy docenia. Kto zna Bathory, ten wie iż był to zespół niezwykły. Najważniejszym człowiekiem w nim był mistrz Quorthon Seth. W sumie był on i jego przyjaciel, zwłaszcza pod koniec kariery. Tymczasem na okładce HAMMERHEART wydnieją oprócz Quorthona jeszcze dwa tajemnicze imiona – Vvornth – perkusja i Kothaar – bass. Utwory na płycie są również tajemnicze, niezwykłe. Pierwszy utwór – najdłuższy, bo nie wiele ponad 11 minut „Shores In Flames” – cechuje jakże uspokajający szum fal na początku. Kilka sekund potem wchodzi przygrywka gitarowa, bardzo fajne kostkowanie bodajże. Już w pierwszych dźwiękach słychać podniosłą atmosferę. Potem mamy „delikatny” wokal Quorthona, wprost stworzony do odgłosu szumu fal, które cały czas są w tle. Nagle mamy mocne wejście bębnów i gitar. Pierwszy, przewodni motyw utworu, lekki chórek i ostry wokal. Ten numer jest jak podróż w czasie. Słychać odgłosy walk, ognia. Cały ten klimat zlewa się na nas, czuć jakbyśmy znaleźli się na polu bitwu Wikingów. Tak – ta płyta opowiada o Wikingach, zapoczątkowała styl zwany Viking Metalem. „Shores In Flames” pokazuje to dobitnie. Tego trzeba posłuchać aby zrozumieć. „Valhalla” – drugi utwór. Rozpoczyna się zagrywką gitar akustycznej i eletrycznej. I znów podniosła atmosfera. Słychać dźwięki wydawane chyba przez… rogi? Kto wie. I tu jest ostry wokal. Całkiem dynamiczna kompozycja, po dłuższym wstępie. „Baptised In Fire And Ice” – bębny rozpoczynają ten zacny numer by następnie weszły gitary i połączyły się z chórami. Świetny wstęp. Na początku jest, że się tak wyrażę – trochę weselej niż w poprzednich numerach. Refren jest wyrąbany – mocny wokal Quorthona + chóry. Metalowy pazur i podniosłość, epickość razem. „Father To Son” – dziwaczny wstęp, tzn. może nie dziwaczny – słychać, że na świat przychodzi dziecko, do tego odgłosy z jakiejś wioski Wikingów. I wejście rytmiczne gitar z chórami. Następuje świetny złowieszczy riff. W tym numerze słychać bardziej metalowy pazur Bathory, aż miło. Natomiast przy „Song To Hail Up High” mamy już inne odczucia. To jest najbardziej podniosły numer na płycie. Delikatny wokal, wymowne dźwięki gitary akustycznej, w tle niby chórki… klimat, po prostu klimat. Potem rewelacyjny „refren” z chórami. Moment, przy którym czas staje w miejscu. No i odgłosy fal i mewy w tle… melancholia jak się patrzy. Melanchlia połączona z podniosłością. Próżno szukać drugiego takiego utworu. Naprawdę. „Home Of Once Brave” – podobne klimaty jak pierwsze numery, też niezły. W nim solówka nakłaniająca do rozmyśleń o tym i o tamtym :) „One Rode To Asa Bay” – utwór perła obok „Song To…”. Opisuje jak kościół przybywa na Ziemie Północy aby „nawracać” (czyt. narzucić swoją wiarę). Do tego numeru powstał teledysk, jedyny zresztą jaki Bathory zrealizował. Na początku słyszymy tupot końskich kopyt, ptaki, w tym mewy. Następnie gitarę akustyczną, elektryczną, trochę chórów, wejście perkusji… w sumie bez sensu opisywać. To trzeba usłyszeć, a jeszcze lepiej obejrzeć teledysk. Długi numer, trwający niewiele ponad 10 minut, zawierający tajemniczość, mistycyzm… wszystko. To trzeba usłyszeć. Płytę kończy Outro – bębny i lekki chór… jeśli można tak powiedzieć. W sumie nie spotkałem kapeli, która nagrałaby coś podobnego. Jedno jest pewne – jest to album oryginalny i do dziś intrygujący. Myślę, że będzie tajemniczy zawsze, przez kolejne pokolenia. To podróż w odległe czasy i krainy. A stworzyć taką podróż to prawdziwa sztuka. Quorthon był i będzie zawsze mistrzem tego gatunku. Black Metalu również zresztą. Co mogę postawić? 10/10, choć dla mnie płyta nie podlega ocenie. Każda ocena to za mało. Polecam.

sfsfsfsui5.jpg

Zespół: Vader
Płyta: Blood (MCD)
Track lista:
1. SHAPE-SHIFTING
2. WE WAIT
3. SON OF FIRE
4. AS THE FALLEN RISE
5. TRAVELLER
6. WHEN DARKNESS CALLS
7. ANGEL OF DEATH

„Blood” jest mini albumem jeśli ktoś nie wie (są tacy?) i jak to powiedział Peter „zadośćuczynieniem” dla wszystkich fanów oczekujących nowej płyty. Na tym krążku znajdują się brzydko mówiąc „odpady”… nie nie. Znajdują się tam utwory pochodzące z różnych wersji albumu „Revelations” oraz dwa nowe. W sumie to dobry pomysł bo jeśli miałbym zbierać wszystkie wersje dla kilku numerów no to sorry… a tu mamy je w jednym miejscu. Jak mówiłem, pierwsze dwa numery to nowości. „Shape-Shifting” – fajny numer, szybki choć w połowie utworu mamy zwolnienie. Jednak jakie! Klimatyczne jak nigdy. Świetny numer jak dla mnie. Numer 2 – „We Wait” – po prostu walec. I tyle. Ciężki, wolnotoczący się walec rozgniatający to i tamto. Teraz czas przejść do numerów nie do końca „świeżych”. „Son Of Fire” – na początek szybkość, solówka i blasty. Prosto i na temat. Następnie chwilowe zwolnienie i dalej szybkie tempo. Kawałek w sumie trzyma poziom. „As The Fallen Rise” – tutaj już mamy dłuższe wejście, trochę dziwne moim zdaniem, a następnie hell on earth – pierdolnięcie jak się patrzy i dobrze. Jednak dalej występuje ten dziwny riff co na początku numeru. Dłuższa solówka i tyle na temat. „Traveller” – jeden z moich ulubionych. Złowieszczy riff na początek i pierdolnięcie (znów) jakże na miejscu. Wszystko się trzyma kupy. Szybkie tempa, gdzieniegdzie elektryzujące zwolnienie, klimatyczne – i jedziemy dalej. Końcówka rozwala. Oprócz nowych numerów ten jest chyba najciekawszy. No i ostatni, ale dojdziemy do niego. „When Darkness Calls” – w sumie był on na tej wersji „Revelations” jaką nabyłem. Kawałek w sumie dłuższy od poprzednich, poprzeplatany różnymi zmianami tempa, różnymi riffami, ale gdy słucha się go często to zaczyna trochę nudzić. Przynajmniej ja tak mam. Fajny, ale już mi się znudził. I co najciekawsze na płycie – cover Thin Lizzy „Angel Of Death”. Świetny. Świetne intro na początku z klimatycznymi piskami gitar. Zupełnie inny wymiar. Potem wejście gitar, szybszej perkusji. Zwrotka, refren, zwrotka, refren i zajebista solówka gościnnie udzielającego się Jacka Hiro z Dies Irae. Następnie zwolnienie, trochę gadania, jakże urozmaicającego numer i znów klimat za pomocą klawiszy bodajże. Tak czy inaczej cover wypadł bezapelacyjnie, świetnie. Wiem, niektórzy zarzucają pójście po kasę – ale jak inaczej posłuchać kawałki takiego typu? Kupować każdą wersję danej płyty? Bez sensu. Lepiej mieć je wszystkie w jednym miejscu. Poza tym, wytwórnia napiera, to niestety prawda. Tak czy siak jestem zadowolony z tego wydawnictwa. Jaką ocenę wystawić? Po mojemu – 8,5/10.

blood.jpg


  • RSS