Zespół: Bathory
Album: Under The Sign Of The Black Mark
Track lista:
1. Nocturnal Obeisance 1:28
2. Massacre 2:39
3. Woman Of Dark Desires 4:36
4. Call From The Grave 4:53
5. Equimanthorn 3:42
6. Enter The Eternal Fire 6:57
7. Chariots Of Fire 2:47
8. 13 Candles 5:17
9. Of Doom… 3:45
10. Outro 0:25

To się nazywa płyta prosto z Piekła. Tak tak moi drodzy, 3 odsłona kultowego Bathory będąca kontynuacją poprzedniej płyty „The Return…”, ta jest jednak szybsza, lepiej zagrana i bardzo surowa. Osoby słuchające tylko heavy czy też innej muzyki, w której gitara jest raczej selektywna, a całość czytelna nie znajdą tu raczej nic dla siebie. Już samo intro wprowadza nas w ponurą atmosferę płyty. Posępność, tajemniczość i mrok – tak można opisać intro. A dalej mamy uderzenie prosto w morde – „Massacre”, pierwszy numer na płycie. Cały czas szybkie tempo i jadowity wokal Quorthona, który niszczy nieprzyzwyczajonych. Gitary surowe, nie do końca czytelne, zasuwają naprzód. O to chodzi. Solówki jak z innego wymiaru – głośne, wręcz hałaśliwe. I to dotyczy wszystkich solówek na płycie. Po prostu masakra i tak ma być. „Women Of Dark Desires” – jeden z moich ulubionych. Numer poświęcony samej Elizabeth Bathory. Numer już bardziej urozmaicony, różne tempa, dość chwytliwe czasem. W środku natomiast pojawiają się klawisze, które tworzą bardzo mroczną atmosfere by następnie weszła solówka, która rozwala, po prostu. Bez zabawy. Świetny numer. Byłby „hitem” koncertowym, jestem pewny. „Call From The Grave” – kolejny numer perła jeśli można tak powiedzieć. Zaczyna się… no właśnie, czym? Słychać lekkie klawisze w tle, jakieś urwane oddechy, jakby trupa. I wjazd gitar i reszty. Tempo wolne, riffy tworzą bardzo „trupią” atmosferę. I ciekawie nagrane wokale Quorthona, wydobywające się raz z prawej, raz z lewej strony. W solówce wykorzystano fragment marszu pogrzebowego. Doprawdy, brzmi to imponująco. Następny jest „Equimanthorn” – szybki numer, zły, surowy mniej wiecej jak „Massacre”. Z jedną różnicą. To co się dzieje na końcu to istne piekło. Końcowa solówka niszczy narządy słuchu z iście zegarmistrzowską perfekcją. To trzeba usłyszeć. „Enter The Eternal Fire” zaczyna się dość melodyjnie i riffem, który skojarzył mi się z późniejszą drogą jaką obrał Bathory. Tak po prostu. Cały numer kojarzy mi się z późniejszymi płytami, zwłaszcza z „Hammerheart”. Jest to wolniejszy utwór, różni się od reszty. Jest jak refleksja pośród nich. Mozna odczuć zimową atmosferę, rodem ze Szwecji, a jak. „Chariots Of Fire” zaczyna się niczym horror w kinie hehe. Szybki numer, standardowo dosyć. „13 Candles” – na początku szept, niepokojący. A potem oczywiście Quorthon ze swoim wrzaskiem. Gitary tak jakby trochę bardziej selektywne, bardziej melodyjnie. Często wokal Quorthona zaniżał swe rejestry, można byc skojarzyć z jakimś Death Metalem. Ale to tylko sekundy. Ostatni „Of Doom” to kolejny szybki numer, kolejny black metalowy klasyczny atak z apokaliptycznym zwolnieniem w środku. Jakże pięknym. No i „outro” trwające 25 sekund. Dosyć mroczne, tak jakby zapowiadało klimat następnej płyty. Fakty są jasne. Ta płyta to klasyka Black Metalu. Zainspirowała resztę skandynawskich hord. Dała początek również takim kapelom jak Emperor czy Dimmu Borgir. To jest kult, po prostu. Nie podlega dla mnie ocenie, bo to klasyk.

f13f1e271cf521e6.jpg