I znów tu jestem. We własnej osobie. Dawno nie uświadczyliście słów prosto ode mnie. Fakt, ostatnie noty to była nowość. I tak miało być, zawsze stawiałem na rozwój, nawet wbrew innym. Dziś słowo od władcy tego miejsca. Osoby znające mnie osobiście zapewne zauważyły, iż ostatnio jestem inny. Bardziej się dystansuję od ludzi, jestem mniej ufny, generalnie marudzę. Otóż każdy ma w swoim życiu okresy wzlotów i upadków. Pamiętam okres wzlotu – wakacje, sierpień 2005 oraz sylwester 2005 – to napewno były okresy wzlotów. Praktycznie byłem pewny siebie, miałem twarde plany na przyszłość, gęba mi się śmiała. Potem do czerwca 2006 zaczęło się pogarszać, a od czerwca było tylko gorzej. Owszem, wiele tutaj nerwów zabrało mi rozstanie z A., ale jakoś żyłem. Potem poznało się nowe osoby, nowe wymiany poglądów itp. Ale przez te wszystkie miesiące 2006 roku nadal odnotowywałem spadek. I tak skończył się owy rok, nadszedł rok 2007 i znowu się wszystko pierdoli i to gorzej niż wcześniej. Z różnych powodów, trudno wszystkie opisywać. Generalnie mam dosyć ludzi, miasta, kraju, zasad panujących w społeczeństwie i własnego życia. Tak właśnie czuję, choć pracuję nad tym, aby to zmienić. Nie raz powtarzałem, że przydałoby się odpocząć. Wyjechać gdzieś. Na razie to jednak nie możliwe. W jaki inny sposób odpocząć? Nie wiem. Czasem nachodzą mnie wątpliwości w relacjach z przyjaciółmi. Tego nie cierpię. Czasem moja własna uczuciowość mnie przerasta. Coraz częściej mam ochotę zrobić sobie restart – po prostu wszystko pieprznąć i olać. Jak spojrzę z perspektywy dwóch lat to już wolę okres czerwca 2006. Szczerze. Niektórzy pamiętają co ja wtedy miałem. A mimo to tęsknie za tymi czasami. Mimo iż były też raczej złe, ale przy tym co czuję teraz są ok. Napewno conajmniej jedna znajoma powiedziałaby mi, żebym się otrząsnął, bo za bardzo się wszystkim przejmuję, że muszę być silny, że jestem silny i mam przyszłość. Zgodzę się… muszę jakoś dać radę. Być może narzekanie na wszystko pomaga mi. Wszak nie określiłem rzeczywistych powodów tego wszystkiego. Przemyślę je jeszcze parę razy, bo może coś sobie uroiłem? Generalnie jestem kimś porządnym, kimś z zasadami, kimś nie pozbawiobym kultury ani wiedzy ogólnej. Mogę orzec, iż jestem dobrym człowiekiem. Mocne słowa, nie? A jednak. Mimo to, czuję niechęć do życia. Ostatnio nawet przestałem bać się śmierci. Poczułem, jakby była wybawieniem. Owszem, umierania się boje, ale samej śmierci już nie. O czym to świadczy? Otóż, świadczy to o tym, że ze mną nie jest dobrze. Chyba rzeczywiście potrzebuję odpoczynku… a najbardziej osób bądź osoby, która do cholery będzie przy mnie. To jest najciekawsze, że pierdolnięte elementy, które nie posiadają ani honoru, ani zasad, ani kultury ani niczego mają takowe osoby, a ja nie! Świat się jebie. Czy mamy jebać się razem z nim? Ja nie zamierzam… mam nadzieję, że ten upadek niedługo się skończy i wreszcie wszystko pójdzie w górę. A wtedy będę taki, jakiego sobie wiele osób nie wyobraża. W pozytywnym znaczeniu. No nic… to tyle ode mnie. Cześć.